Brydziowe opowieści

O wszystkim i o niczym, rozmowy przy kawie i przy lampce czerwonego wina, dylematy życiowo-dzieciowe oraz jak to jest, że pełna do połowy szklanka czasem staje się do połowy pustą...

Wpisy

  • poniedziałek, 28 września 2015
    • Zły dzień? Uwierz mi - są gorsze!

      Tesco Outlet, godzina dwudziesta z minutami. Ogarnięta szałem zakupów poszukuję prezentu na jutrzejszą imprezę imieninową teściowej. Myślę o jakiejś ładnej bluzce, ale nic nie wpada mi w oko. Wybieram, przebieram, aż tu nagle moim oczom ukazuje się piękna kolorowa sukienka. Hm... nawet mój rozmiar - myślę sobie - warto byłoby przymierzyć. Z drugiej strony wolę to zrobić w domu, bo jak się sobie nie spodobam, lub co gorsza mojemu małżonkowi, będę mogła ją zwrócić. Zapada decyzja. W drodze do kasy kupuję jeszcze T-Shirt dla starego, żeby mi sukienki nie wypomniał. Przecież też mu coś kupiłam, więc nie będzie mógł narzekać, że na swoje ciuchy wydaję zbyt dużo kasy. Zadowolona z polowania widzę brudną i usmarowaną jakimś tłustym ustrojstwem taśmę przy kasie. Trzymam więc swoje dwa zakupione towary w ręku i ...
      - a pani to co? - nie siląc się nawet na uprzejmy ton pyta kasjerka-
      - proszę, to moje zakupy - odpowiadam grzecznie, uśmiechając się jednocześnie
      - proszę położyć na taśmę - pada odpowiedź
      - ale jest brudna
      - wydaje się pani, jest czysta, dopiero ją czyściłam, a u nas nie ma spożywki - pada opryskliwa odpowiedź
      - widocznie za słabo pani to wyczyściła, bo jest brudne, a chyba nie stanowi problemu jak pani to ode mnie weźmie - ze stoickim spokojem odpowiadam nieuprzejmej pani kasjerce
      - mówię, że czyściłam, jest czysto - prycha i oczekuje, że położę towar na taśmie
      - widocznie moje poczucie estetyki jest na nieco wyższym poziomie - odpowiadam z uroczym uśmiechem, wręczając pani sukienkę.
      Kasjerka jeszcze coś prycha pod nosem, ale przyjmuje towar. Moje dzieci zdziwione, że matka spokojna, bez awantur i jeszcze z uroczym uśmiechem załatwia sprawę. Pani w kasie burczy coś jeszcze, ale grzecznie płacę, zabieram towar i mówię "dziękuję, do widzenia". Kierując się w stronę wyjścia idę do BOK. Uśmiechnięta dziewczyna siedzi czekając na klientów. Zagajam miłym "dzień dobry", odpowiada tak samo miło, pytając w czym może mi pomóc.
      - czy pracownicy outletu pracują tu za karę? - pytam niezwykle uprzejmym i subtelnym głosem
      - nie, a czy coś się stało - odpowiada pytaniem zdziwiona dziewczyna
      - nie nic, tak tylko myślałam. Ale skoro nie za karę, to przydałyby się im jakieś szkolenia, powiedzmy z uprzejmości - ciągnę dalej uśmiechając się.
      - przepraszam, zgłoszę to kierownikowi - pada odpowiedź, a następnie wymiana uśmiechów i pozdrowień na do widzenia.
      LEKCJA NR 1 - możesz kogoś zabić stoickim spokojem. Podczas, gdy ja uśmiechałam się coraz szerzej i szczerzej, kasjerka czerwieniała ze złości. Poprosiłam jedynie o przyjęcie towaru bez dotykania go do upieprzonej lady, a skończyło się skargą w BOK. Nigdy nie wiesz kto ma zły dzień. Tylko spokój może cię uratować przed różnego rodzaju debilami - nawet w postaci A.Pietrowskiej. Jeśli nie masz na coś wpływu, nie ma sensu się denerwować.
      WNIOSKI - chyba zmienił mi się dealer, bo jeszcze 3 tyg wcześniej zrobiłabym awanturę na pół sklepu.
      P.S. - sukienka zostaje, ponoć wyglądam w niej szałowo - pytanie tylko czy w stylu "szału nie ma dupy nie urywa", ale to już całkiem inna historia...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 19:03
    • Tabletki na pamięć

      - Tato, musimy kupić mamie tabletki na pamięć, bo często zapomina o czymś co obiecała - próbuje zabłysnąć Pierworodny
      - super, kup mi synku, to na pewno będę pamiętała również o tych wszystkich karach, w których w trakcie zapominam
      - ups, to może lepiej już zapominaj
      Dzieciaki... jak szybko zmieniają zdanie:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 19:02
    • The Gremlins

      Mówią, że się nienawidzą. Czasem ich zaciętość w oddawaniu sobie ciosów jest tak silna, że mam wrażenie, że się pozabijają. Non stop dokuczają sobie wzajemnie a żadne nie popuści drugiemu. Oko za oko, ząb za ząb. Dziś jednak dowiedzieli tego, jak bardzo przy tym wszystkim się kochają. Wbiegli do dom rozentuzjazmowani, jednocześnie trochę zatroskani widmem kary. Mówić zaczęli jednocześnie, ale nic nie zrozumiałam, więc zaczął Pierworodny
      - uderzyłem tego gnojka - zakomunikował..., ale nim zdążyłam zapytać jakiego gnojka, Pogodynka wtrąciła się do rozmowy, broniąc brata
      - no bo on mi ciągle dokucza, a dziś mnie pobił. Kopnął mnie i uderzył w brzuch, a Dawidek to zobaczył i mnie obronił i pobił go.
      - jak go pobił? - zaniepokoiłam się bo młody przecież 5 lat trenuje karate a jest chłopcem dość rosłym, jak na swój wiek. Następnie usłyszałam opowieść o tym,jak za pomocą jednego chwytu powalił "gnojka" na ziemię, a ten poryczał się, naflugał od k.. i ch.. i poleciał do ojca.
      No to ja też zaproszę tego tatusia do siebie, niech no tylko przyjdzie. A z mojego syna jestem dumna - stanął w obronie siostry.
      Młody zamiast kary zarobił dychę, a młoda odkryła, że ma brata-obrońcę. I chociaż wieczorem znowu sobie dokuczali, to jakoś tak lżej mi było na serduchu...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 19:01
    • Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia

      10.03.2014

      rozwiązujemy z młodym test psychologiczny, jedno z pytań brzmi: "Uważam, że jestem tak samo wartościowy jak inni ludzie." Syn odpowiada "nie". Zaniepokojona pytam dlaczego, mały odpowiada:
      - no bo ty ważysz więcej niż tata, a tata waży więcej niż ja, więc ty masz większą wartość niż tata, a tata ma większą wartość niż ja. No wiesz, ty masz więcej mięsa niż tata, ale tata ma więcej mięsa niż ja. No i krwi też masz więcej. Więc nie jestem tak samo wartościowy jak ty i tata.

      ???

      21.04.2014

      Jak ten świat leci do przodu... ja wysiadam z tego pociągu.
      Mój niespełna 10 letni syn ma adoratorki. Przyszły dwie. Usiadły na ławce i z zaciekawieniem patrzyły na mecz, w którym grał mój syn i jego kolega. Rozmarzone, nie wiem czy 8 czy 9 letnie, pozakładały nogę na nogę i wpatrywały się w chłopaków, co rusz to zaczepiając ich. Nie chcąc widowni, chłopcy oddalili się na drugi koniec podwórka, panienki... poszły za nimi, śląc po drodze uśmiechy. Obserwując zza firanek całe z...ajście zastanawiałam się jak bardzo ten świat się rozpędził, skoro już tak małe dziewczynki oglądają się za chłopakami. Szeptały coś do siebie jak małe papużki, spoglądając co chwila na chłopców. Kiedy odchodziły na "swoje" podwórko, pomachały im zalotnie.
      Czuwająco-pilnująca siostra piłkarza, który chyba czuł się jak David Bekham, skomentowała całe zajście: "no, takie małe i jeszcze im pomachały!!!"

      07.05.2014

      Rozmowy na tzw. tematy tabu z dorastającym Pierworodnym nie należą do łatwiejszych. Znana jednak jestem z tego, że dla mnie tematy tabu po prostu nie istnieją, wyjaśniam je, odpowiadam na pytania i rozwijam wątpliwości młodego człowieka o niezwykle chłonnym umyśle. Wczoraj poruszony został temat sexu, a raczej "stworzenia" nowego człowieka. Stało się to co prawda jako wynik żartu w stylu "zostałeś zrobiony na Tajwanie", a w efekcie skończyło się ułożeniem zabawnej historyjki,... której finał brzmiał mniej więcej tak:
      - mamo, no i ten plemnik sobie tak leci do tego jajnika?
      - no, tak sobie leci
      - no i śpiewa: "lecę bo chcęęęęę, bo moje życie jest złeee..."
      Śpiewające Tajwaniątko:)
      p.s. Pierworodny przez chwilę łyknął, że matka z ojcem zrobili sobie weekend na Tajwanie, ale stary nie zakumał i wyprowadził młodego z błędu:)

      24.08.2014

      Chcemy pokazać dzieciakom żubry, młody niezadowolony, bo odrywamy go od grania na tablecie
      - i po co ja tam jadę? Muszę? ja już widziałem żubra!
      - a niby gdzie go widziałeś?
      - w reklamie...
      - to porównasz czy jest podobny do tego prawdziwego!

      10.10.2014

      Październik - miesiąc różańca w Kościele. Młoda wraca z ojcem z zajęć karate. Drogę do domu uprzyjemnia mu śpiewając różaniec.
      Listopad - kilka dni po ślubowaniu klas pierwszych. Młoda wraca z matką z zajęć karate. Drogę do domu uprzyjemnia jej śpiewając Hymn Polski.
      Co będzie w grudniu...?
      p.s. Dziewczę głos odziedziczyło po matce - jest wyjątkowo głośna i wchodzi na wysokie C.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 18:58
  • piątek, 03 stycznia 2014
    • Precz z koszulami, czyli jak ujarzmić małego ważniaka

      - mamooo, nie założę tej koszuli - zaprotestował Pierworodny, gdy na szafie powiesiłam mu strój, który miał założyć na imprezę u cioci.

      - a dlaczego nie chcesz tej koszuli?

      - nie chcę żadnej koszuli, nie mogę iść po prostu w T-shircie?

      - ciocia liczy na to, że będziesz dziś elegancko ubrany - próbuję wejść na ambicję...

      - nie chcę iść w koszuli, bo wyglądam jak kastrat! A tata idzie w koszuli - (dla wytłumaczenia Pan Mąż też niecierpi koszul)

      - tak, tata założył koszulę

      - a młoda? Młoda też idzie w koszuli? - w tym miejscu trochę się zdziwił, bo LokatORKA wpadła do pokoju w zielonej bluzce na guziki (koszuli) i szarej spódniczce z kokardkami

      - Młoda też idzie w koszuli - widząc, że Pierworodny próbuje mnie sprowokować zachowuję zimną krew i odpowiadam niezwykle spokojnym tonem

      - a ty też idziesz w koszuli? - próbuje ostatnich sił...

      - nie, ja idę w sukience

      - no widzisz?! sama nie zakładasz koszuli, a mi każesz w niej iść!

      - zawsze możesz założyć sukienkę. Mam kilka w nadmiarze...- proponuję anielsko spokojnym tonem

      - to już wolę iść w tej koszuli...

       

      Wygrałam:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      piątek, 03 stycznia 2014 19:29
  • czwartek, 02 stycznia 2014
    • Noworoczne "nic się nie zmieniło"

      Jak słusznie zauważyła LokatORKA, iż Nowy Rok nie przyniósł żadnych zmian ("no i co? nic się nie zmieniło w tym nowym roku. Ile ludzi się tu ustawiło, tyle jest"), tak i ja zastanawiam się, czy coś zmieniło się w moim życiu przez te kilka godzin Nowego Roku. I przyłączając się do głębokiej myśli mojej nieletniej córki, stwierdzam, że faktycznie nic się nie zmieniło, bo:

      1. nadal jestem blondynką, ale mój mózg ciągle walczy (nałożonej przed sylwestrem farby, już widać ciemne odrosty)

      2. nadal chodzę w gabarycie B (to z zawodowej gwary)

      3. nadal czuję się na 10 lat i 10 kg mniej

      4. nadal mam ogromne poczucie humoru, które jak zwykle objawia się nie wtedy, kiedy trzeba.

       

      A juro przychodzi batman (tu też nic się nie zmieniło)- chyba zostanę dłużej w pracy... - powiedzmy do jakiejś 20:00 :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 stycznia 2014 20:04
  • niedziela, 29 września 2013
    • Skażeni genetycznie

      Nic nie zapowiadało, że ten piękny niedzielny poranek przerodzi się w dzień pełen wrażeń - i to niekoniecznie pozytywnych.

      Skąpana porannym słońcem i przygnieciona codzienną egzystencją, otworzyłam oczy, by napawać się widokiem poranka i zaplanować dalszą część dnia. Tup, tup, tup... - do pokoju tak-jakby-po-cichu weszło małe metrowe stworzonko i od razu zabrało się do sprawdzenia, czy osobnik w postaci matki śpi snem twardym, czy też może lekkim. Złapawszy w pół zielonooką dziewczynkę, wrzuciłam ją jednym ruchem na siebie i zaczęłam udawać gilgotkowego potwora.

      - co mi zrobisz na śniadanko? - zapytała LokatORKa wdzięcznym głosikiem

      A więc tak... Już są głodne... No dobra, czas wstawać. Pierworodny też pewnie już się obudził, więc lada moment zrobią napad na lodówkę - o ile wcześniej nie wdarły się tam tajemnicze pingwiny. A jak już o pingwinach mowa, to muszę wam powiedzieć, że są to okropne, wyżerające wszystko stwory, które co jakiś czas robią napad na moją lodówkę. I tylko Pan Mąż zapomina o włączeniu magicznego przycisku w postaci "lodówko napełnij się". A może robi to celowo? Może w ten sposób dba o nas i chroni domostwo przed kolejnym atakiem wściekłych pingwinów?

      Wróćmy jednak do śniadania, a raczej jego braku...

      Odziana w ulubioną koszulkę z zebrą, udałam się do kuchni. W tym niezwykłym wydarzeniu towarzyszyła mi LokatORKa, która poproszona o zebranie zamówień, gładko je zebrała i z uśmiechem oraz z szeroko otwartymi oczami, poczęła przyglądać się mojej kuchennej krzątaninie.

      Zapytacie więc co zostało zamówione przez CF [czyt. crazy family] odpowiem wam w dwóch słowach:

      WSZYSTKO JEDNO

      No to skoro takie danie sobie wymyślili, przygotowałam im po prostu kanapki. Z wędliną, którą poprzedniego dnia przywiózł :Pan z Almy".

      - wstawać kochani, śniadanie podano - zawołałam do leżących jeszcze w pieleszach chłopaków. Starszy podniósł się i spojrzawszy na zawartość talerza, nakrył się z powrotem kołdrą aż po czubek głowy [czyt. pustego łba]. Młodszy nie zważając na reakcję ojca, odniósł do kuchni talerz oznajmiając, że "on nie lubi wędliny i nie będzie jej jadł". No żesz kurna! Krówki i świnki umierają, by zaspokoić apetyt pingwinów, tfu - rodziny P., a tu bunt na pokładzie?! Ostatkiem sił zmuszam się na uśmiech i próbuję wydobyć powód niezadowolenia obu panów.

      - chciałem jajka - zza tabunów pieleszy chrapnął Pan Mąż

      - chciałem coś innego - rzucił niedbale Pierworodny

      Pozamieniałam kanapki i pod groźbą (znaną tylko mi samej) nakazałam młodemu zwierzęciu jeść. Stary dzik dostał jajka. Na miękko. I w tym momencie uderzyło to w LokatORKę, która zjadłszy swoją kanapkę z almette, wkurzyła się, że dla niej jajka nie było.

      Brakowało mi 30 sekund, aby cienka czerwona linia wytrzymałości została zerwana. I w tym momencie - po 325 razie "nie baw się piłką w domu", dostałam piłką w łeb. Tego było już za wiele. Musiałam jak najszybciej zostawić towarzystwo i opuścić lokal. 

      Rodzina Adamsów - pomyślałam, chwyciłam kluczyki od groszka i wybiegłam z domu. Bez celu, bez nadziei i zupełnie bez sensu...

      Jadąc prosto przed siebie, zatrzymałam się po jakiś 86 km - w miejscu bliżej nieokreślonym, gdzieś na mapie w centralnej Polsce. Zatrzymałam się na skraju lasu i w tym momencie zadzwonił telefon...

      - mamusiu, wróć do nas - usłyszałam nieśmiały głos Pierworodnego...

      Powrót zajął mi trochę więcej niż godzinę. Po drodze zrobiłam jeszcze małe zakupy w przydrożnym markecie i pojechałam do domu, gdzie czekało dwóch małych ludzi i jedna udająco-śpiąca menda:) Niemniej jednak całą niedzielę szlag trafił!

      

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 września 2013 22:45
  • sobota, 21 września 2013
    • moje miasto nocą...

      Środek nocy. Śpię snem matki (czytaj: słyszę jak moje dzieci oddychają w drugim pokoju, pomimo dwóch par zamkniętych drzwi). Skrzypnięcie drzwi i tupot małych stóp. Małe, metrowe coś w różowej piżamce z Dorą staje przy moim łóżku i klepiąc mnie po ramieniu pyta słodkim głosikiem:
      - pośpisz ze mną mamuniu?
      - tak kochanie - i obie na ślepo idziemy do drugiego pokoju, pokonując długi, ciemny korytarz..., by w efekcie zagnieździć się na dolnym poziomie piętrowego łóżka moich dzieci, gdzie mam już naszykowaną różową poduszeczkę ze słonikami...
      Chwila bezcenna. Dla niej nie zważam na mój kręgosłup i prawie trzycyfrową liczbę na wadze, zasypiając wtulona w maleńki cud, który czując się bezpiecznie zasypia w moich objęciach...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      sobota, 21 września 2013 08:53
  • czwartek, 19 września 2013
    • o moich dietach dziś będzie...

      pokonałam ich setki - a może to one mnie pokonały...
      Pamiętam pierwszą - trwała jakieś 5 minut - bo już od myślenia o niej zrobiłam się głodna.
      Później była jakaś taka z lampką wina na kolację - i to mi się w niej najbardziej podobało - cała dnie wyczekiwałam godziny 20:00, wg której zgodnie z ułożonym jadłospisem, mogłam delektować się lampką Byczej Krwi...
      Dalej ...była Kopenhaska - WTF! przez rok po niej nie wzięłam szpinaku do ust!
      Dieta polegająca na piciu koktajli proteinowych skończyła się prawie tak szybko, jak szybko przyszła paczka z białym proszkiem... - do tej pory stoi w szafce śniadaniowej w pracy i tylko przerzuciłam ją z pokoju do pokoju, w czasie zeszłorocznej przeprowadzki.
      Dukan zabił mnie śmierdzącymi jajami, a dieta owocowa, zabiła stan mojego konta.
      W Grecji przeszłam na dietę śródziemnomorską - jak na tamtejsze klimaty przystało -w efekcie rachunek zysków i strat wyszedł na plusie. 6 kg!
      W myśl, że czekolada to sałatka, bo jest zrobiona z kakaowca - przeszłam na dietę roślinno-warzywną. I ze zdziwieniem odkryłam, że wskazówka drgnęła o trzy kreski... w górę:)
      Obecnie przechodzę przez kolejną dietę. Tą akurat uwielbiam.
      To nowa dieta modyfikowana ... wg potrzeb - sezon 2345 odcinek 1698:)
      Za to w tańcu brzucha nie ma lepszych ode mnie:) Tańczy sam - gdy tylko się poruszę:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 września 2013 17:54
  • środa, 18 września 2013
    • grunt to rodzinka!

      Poszłam dziś na basen, tłumacząc, że muszę się znów zacząć odchudzać. Zmęczona, spocona i z mokrymi włosami dotarłam wreszcie do domu, trzymając się za brzuch i walcząc z kolką. Zaszeleściło, zastukało i moim oczom ukazały się śliwki w czekoladzie. Zjadłam 5 (nie kłamię!) ale to tylko rozjuszyło mnie i dopiero zaczęłam się rozkręcać. Najukochańsza córeńka podała mi kolejne 4 (tak sądzę, że to były tylko 4). Na co mój syn i mąż zareagowali...
      - miałaś się odchudzać? - zapytał ironicznie mąż
      - no właśnie, przecież odchudzałaś się w basenie - zawtórował Pierworodny
      - ale już wyszłam! - skwitowałam a miny panów pozostały bezcenne:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      środa, 18 września 2013 21:36
  • czwartek, 28 marca 2013
  • wtorek, 12 marca 2013
    • JEDNA JASKÓŁKA NIE CZYNI WIOSNY...

      Jako że  2 stycznia 2013 wypowiedziałam wojnę mojemu nadbagażowi, do gry włączyłam ciężką artylerię. Ćwiczę. Codziennie ćwiczę, co jest już ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę mój zapał do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego (Nobla i fortunę temu, kto wymyśli magiczną tabletkę po któej połknięciu obudzę się 10 kg młodsza i 10 lat szczuplejsza - albo na odwrót). Kondycję mam słabą i wierzcie lub nie - wykonanie 30 brzuszków sprawia mi nie lada problem. Ale jako Matka-Waleczna odpieram dzielnie ataki mojego wroga NUMBER ONE - Słomianego Zapału. I tak dzień w dzień powtarzam przed zaśnięciem następujące serie mające na celu zgładzenie nadbagażu i opony ratunkowej: 30 pompek (hehe - damksch oczywiście, bo tradycyjnej nie zrobię nawet 1), 30 brzuszków, 30 półprzysiadów i 30 skłonów.

      I na to wszystko wszedł mój mąż.

      - Te, Jaskółeczka, bo odlecisz - wystrzelił rozbawiony. Nie skomentowałąm, dźgnęłam wzrokiem tak , gdzie słońce nie dochodzi i przeszłam do kolejnego ćwiczenia - półprzysiadów, co jak się okazało nie było dobrym pomysłem, zaś jeszcze bardziej rozbawiło ślubnego, któremu zaczął wtórować Pierworodny.

      - zobacz, mama wygląda, jakby robiła kupę - nabijał się wrednie z moich wypocin, co młody krwiopijca skwitował tylko jednym słowem: PRYK

      Podsyciło to wyobraźnię (albo jej brak) obu panów i jeden przez drugiego pomiędzy salwami śmeichu wydawali z siebie wspomniany już odgłos.

      Upokorzona poszłam do drugiego pokoju, jednakże i tam - pomimo zamkniętych drzwi - dochodziło do moich uszu nieznośne PRYK, które upodobała sbie mała bestia.

      Za to dziś bestia rozczuliła mnie, sprawiając, że matczyne serce wybaczyło zbeszczeszczenie wkładanego w wykonywanie połrzysiadów wysiłku. A wszystko to za sprawą prezentu urodzinowego podarowanego mi przez Pierworodnego.

      - kupiłem ci mamusiu perfumy w biedronce. Chciałem ci kupić 3 dezodoranty, bo były po 3 zł i na tyle by mi starczyło pieniędzy, ale wybrałem perfumy.

      - jakbyś kupił te trzy dezodoranty, to miałbyś na kolejne 2 okazje - skwitował stary, który właśnei uświadomił sobie, że jego Jaskółeczka jutroo ma swoje święto. I nie powiem które...:P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 marca 2013 19:53
  • sobota, 02 marca 2013
    • zmarszczki, zmarchy, zmarszczyska

      Jako że ostatnimi czasy doszła do moich uszu pewna opinia o mnie, zaczęłam się sobie bardziej uważnie przyglądać. Stoję więc przed lustrem, naciągam tu, wyginam tam, robię dzióbek, mrużę i szeroko otwieram oczy. A wszystko to przez ... kurze łapki...

      Kurze łapki są ze mną odkąd pamiętam. Zawsze dużo i często się śmiałam, więc one były jakimś takim moim znakiem rozpoznawczym. Kilka razy rozpoczynałam z nimi wojnę, jednakże - jak to kiedyś usłysząłam od kosmetyczki - musiałabym przestać się śmiać, by zniknęły z mojego życia. A to neistety było awykonalne...

      Niemniej jednak ostatnio zaszłyszane słowa o moich - hm... zmarszczkach - dość mocno utkwiły mi w pamięci. przeleciały jak przez sito przed receptory i pobudziły nerw, któy od tamtej pory mocno uciska na to miejsce w mózgu, w którym znajdują się uczucia względem siebie i swojego wyglądu.

      Postanowiłam znów rozpocząć z nimi walkę - nawet kosztem śmiechu, ba! nawet uśmiechu. Zakupiłam tony kremów ujędrniających, liftingujących, wygładzającyh (jeden nawet z kawiorem) i dzień w dzień wklepuję je w skórę wokół oczu, masuję, głaszczę i przyglądam się uważnie... ale one nie chcą mnie opuścić.

      Zalęgły się na dobre i chyba jest im ze mną tak dobrze, że nawet nie myślą o tym, aby przejść na kogoś innego.

      Na kilka dni przed moimi 34 urodzinami (a ja durna cały czas myślę, że mam góra 25 - i to z dużym haczykiem) przejżałam nawet propozycje salonów odnowy biologicznej zajmujących się wypełnianiem drobnych zmarszczek jakimiś paskudztwami.

      Tfu! Matce odwaliło - pewnie powiedziałby mój syn, a mążpoparłbygo dodając coś o kryzysie wieku średniego (tak było ostatnio, jak chciałam sobie smoka na plecach wytatuować i już prawie byłam umówiona do jednego z najlepszych salonów tatuaży w mieście). Jak sobie pomyślę, ze ktoś gmerałby mi w oku, cyz też przy oku - igłą i wstrzykiwał jakieś diabelstwo neiwiadomo jakiego pochodzenia, to mi mowę odejmuje. I rozum - chyba.

      A niech sobie już będą, niech sobie żyją włsanym życiem te moje kurze łapki. Zawsze mogę powiedzieć przecież, że jestem tygrysem, który właśnie nabył swoje paski.

      ... i tym samym znów mądrej żonei mojego męża udało się zaoszczędzić dość znaczącą sumkę pieniędzy.

      Następnym razem pomyślimy o ... odsysaniu tłuszczu, bo rozważania nt. zmniejszenia żołądka juz przerabialiśmy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      sobota, 02 marca 2013 23:14
  • piątek, 01 marca 2013
    • zwykłe niezwykłości dnia codziennego

      mimo, że nic tego nie zapowiadałosmile rano obudził mnie ogromny ból gardła.
      Fuck - myślę sobie - znowu coś mnie dopadło, pewnie przez ten basen i niedosuszone włosy. Ubieram się - łądnie, bo jadę do dużego klienta na prezentację. 13 kg mniej robi swoje - w małej czarnej wyglądam sexysmile Delikatny makijaż, błyszczyk, włosy, ulubione perfumy. Jadę. Apteka. I tu na wejście pani magister mnei wkurza - kartą płącimy od 8:00. Fuck. Albo jak to mawia mój syn - what a fuck (ganię - spox). Dobrze, ze mam gotówkę - co prawda na pościel z biedronki, ale - to się wytniesmile KUpuję jakieś leki i jadę do pracy.
      Jak zwykle korki. Cała Łóź stoi w korkach. Mam dość. Slucham Wawy i śpiewam piosenki - wszystkie po polsku, więc nei muszę wymyślać słówsmile
      Lecę do biurowca, winda ucieka. Pech. Czekam. Telekonferencja z Warszawą, z któej nic nie wynika, ale musze ją odbyć bo szefowa utnie mi łeb. Szybka kawa - z ekspresu - sprzątaczka nei omieszka oczywiście powiedzieć, że znowu nachlapałam na korytarzu wodą. Przemilczam sprawę. Uśmiecham się przepraszająco. Już 9:30. Lecę. Biorę delegację i biegnę do auta - jeszcze jakieś prezenty dla klientów i spadam. Przez cb radio słyszę że miśki stoją i kijanka się kręci na trasie.
      Jadę 60 km/h, a moje adhd wychodzi wszystkimi możliwymi otworamismile \Wpadam do klienta. Buzi - buzi, co tam słychać, oby do wiosny, no to do następnego razu. Jadę dalej. Duży klient. Sekretarka proponuje kawę. Pewnie, że nie odmówię - co jak co, ale kawa zawszesmile Przychodzą klienci, prezentuję, rozmawiamy, trochę o firmie, trochę o sprawach prywatnych - lubię dużo gadać, więc moje spotkania trwają zwykle dość długo, szczególnie jak po drugiej stronie siedzi ktoś sympatyczny. Załatwiam co chciałam - osiągam cel, mam do zrobienia 3 nowe kontrakty. Dostaję prezent. Miłe. Wracam do Łodzi.
      Podjeżdżam pod deichmanna reklamowac buty starego i tak jakoś staję na 1,5 miejcu. Podjeżdża toyota, wychodiz z niej gbur i puka się w głowę. Ożesz ty ch... masz szczęście, że akurat mi telefon zadzwonił, bo bym ci pokazała buraku jeden. Dookoła cały parking wolny - nie miał problemu ze znalezieniem innego meijsca. Że stanęlam jak dupa - fakt, ale no kurcze bez przesady, ja nikomu się w łeb nie pukam, nawet jak parkuję pół kilometra dalej... Za buty dostaję zwrot od ręki. Fajniesmile Każda złotówka się przyda, bo 10 dalekosmile
      Wracam do firmy, zdaję relację szefowej.
      Zatyrana jak koń na westernie robię 5 rzeczy na raz. Gorąca linia. Dzwoni klientka i pyta "czy jako nasz opiekun kiwnęła pani palcem i zadzwoniła do ministerstwa?" No żesz k... Może jeszcze do prezydenta?! Psuje mi humor. Ok. Zdarzają się i tacy.
      Aż tu nagle... telefon.
      Potwierdzenie. Dostałam nagrodę roczną! WOW!!! Czekałam na topotwierdzenie od grudnia, a właściwie od sierpnia, jak się tylko dowiedziałam, że mam szansę. Będę mogła oddać synowi za wycieczkę - pożyczyłam z pieniędzy, które zebrał na komunięsmile
      Wracam do domu z bananem na ustach. Nic nie jest w stanie mnie wkurzyć. Ani korki, ani pogoda, ani nawet to, że jutro będę miała ciężki dzień w pracy.
      Dla takich chwil warto czasem "zamknąć mordę".
      Teraz piekę sobie ciasto jogurtowe - dietetyczne oczywiście.
      Dzieciaki i stary dostali nowe kąpielówki - młody od zawsze marzył o gaciach adidasa, ale nigdy nie było mnei na nie stać. Dziś ma. Chciałby w nich chodzićsmile

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      piątek, 01 marca 2013 18:09
  • niedziela, 24 czerwca 2012
    • POPRZEZ POT I ŁZY...

      Sobotni poranek. Matka wstała z łóżka tuż po tym, jak  zrobili to Pierworodny i LokatORKA. Matka uwielbia takie poranki. Za oknem cudowna pogoda, wreszcie za chmur wyszło długo oczekiwane słońce. Podczas gdy dzieci latały jeszcze w piżamach, matka zajęła się swoim codziennym rytuałem - parzeniem ulubionej kawy. Wreszcie mogła się nią delektować bez pośpiechu, sącząc każdy łyk czarnego napoju z ulubionej filiżanki. Nagle  spojrzała na zegarek i oczom uwierzyć nie mogła. Zostało jej neiwielę ponad pół godziny do wyjścia, a tu dzieciaki nadal w piżamach, śnaidanie nie zrobione, młody gra na x-boxie, a młoda ... młoda lata tu i tam szukając szczęścia. Matka w biegu chwyta LokatORKĘ i biegnei z nią do łązienki. Szybkie mycie, ubieranie, szybkie śnaidanie - płatki z mlekiem, bo co można zrobić szybciej?:) Pierworodnego ciężko odgonić od ulubionej czynności, więc matka przemykając pod 40 calówką podaje mu śniadanie.  Szybki makijaż, fryzura, jakieś ciuchy i...

      - gremliny, wychodzimy!

      Gremliny żdziwione, że wiecznie-jeżdżąca-samochodem-matka tym razem wybiera się na piechotę. A wybierała się do szkoły, na zawody, w któych chęć udziału zadeklarował Pierworodny. I to nei byle jakie zawody, bo zawody karate. Główną nagrodą za pobicie rekordu 126 pompek miała być wybrana przez dziecko gra na konsolę.

      Ojciec Dyrektor nie był zbyt zachwycony tym pomysłem Matki Rodzicielki, jednakż eprzekonany tylko w jej znany sposób przystał na to. Choć nie obeszło się bez komentarzy:

      - widzisz jak on robi pompki? To są foki, a nie pompki. Po cholerę tam idziesz, wstydu się najjesz

      - on wierzy, że wygra. Dam mu więc tą krótką chwilę nadzieji - matka zawsze stawała po stronie Pierworodnego.

      I poszli. Po drodze Pierworodny już wy bierał grę - prezent za zwycięstwo. I tak mocno wierzył, że wygra, że matce serce pękało, bo znała możłiwości fizyczne i techniczne swojego niespełna 8 letniego syna. A pobicie rekordu 126 pompek było nie lada wyczynem.

      Dotarli do szkoły. Średnia wieku uczestników to 6-15 lat. I tu młode dziecię zwątpiło:

      - mamo, jak mam wygrać z tymi starszymi dziećmi?

      - uwierz w siebie, a wygrasz, tak jak z rowerem

      - a jak przegram?

      - nie przegrasz, wszyscy są zwycięzcami.

      PIerwsze pobicie rekordu padło w trzeciej turze. Chłopiec zrobił 140 pompek, chwilę potem kolejny uczestnik "pyknął" ich 180. Zasada była jedna  - zaliczona pompka, to dotknięcie brodą matraca, w trakcie można odpoczywać, ale jak padniesz na brzuch - odpadasz.

      I wyczytali go. Poszedł na środek sali. Przy nim dwóch sędziów, gdzie każdy z osobna liczył wykonane pompki. Ćwiczy. Ładnie. NIe tak, jak zawsze. Stara się. Matka widzi, jak dopada go zmęczenie, wie co z tym zrobić. Wybiega na środek sali i dopinguje go.

      - dalej, dawaj młody, wiem, że potrafisz - krzyczy, a młody jak po wypiciu kolejnej puszki redbulla wykonuje kolejne serie powtórzeń. Gdy wysiada, patrzy na matkę, a ta zachęca go wzrokiem, uśmeichem i dopingiem

      -  dajesz, uda ci się, jesteś mistrzem!

      Te słowa dipingują go, bo nikt, tak jak on i matka nie wierzą, że może mu się udać.  Dziecko nie ma już siły. Lecą pot i łzy.  Matce serde pęka z każdą wylaną łzą Pierworodnego. Widownia nei wierzy, ludzie wstają.  Młody płacze z bólu, wycieńczenia i ogromnego wysiłku, matka nei wytrzymuje

      - ok, jesteś super! Już wystarczy...

      I tu do akcji wkracza sensei, który nim Pierworodny zdąrzy paść, krzycyz

      - nie słuchaj mamy! Dasz radę!Dasz radę!

      I daje radę. Pada przy 290 zaliczonej pompce. Matka płacze. Jest zwycięzca. Nikt nie pobił jego rekordu.

      Te 290 pompek opłaconych potem, łzami i ogromną wiarą, wiarą matki i syna, wiarą w to, co neimożliwe, sprawiło, że dziecię gra teraz na x-boxie w wymarzoną grę SKYLANDERS ADVENTURES. I nikt nie może uwierzyć że to prawda, że mały, niepozorny chłopiec, któremu żadko coś wychodzi poprawnie, pokonał wszystkich i pobił samego siebie. Wygrał z własną słabością.

      A matkę rozpiera duma. Ma w domu mistrza, w którego nie wierzyła. A młody mistrz ukrywając twarz w ramionach matki, wyszeptał jej do ucha:

      - mamo, gdyby nie ty  i twój doping, padłbym już po 100...

      Pokonując siebie, pokazał nam to, że jak się bardzo w coś wierzy, to można osiągnąć  wszystko, a marzenia potrafią się spełniać...

      Z medalem "za waleczność", z nową grą i przede wszystkim z wielką radością, dziecię czeka na kolejne zawody, bo

      - jeśli zrobię o 1 pompkę więcej, to znpowu wygram

      - tak, synku, wygrasz, tym razem i ja w to wierzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 czerwca 2012 22:13
  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Wpadka z tortem

      Sobota. Godziny okołopołudniowe. Na 15:00 zapowiedziana impreza - jedna z dwóch imprez urodzinowych naszej prawie 4 latki. Tort od tygodnia leżakuje w zamrażalniku. Za namową koleżanki zamówiłam tort hiszpański, a zafasynowana zakupami z dowozem - kupiłam go w Almie. Tort wyjęty z zamrażalnika wg przepisu odpowiednio wcześniej.
      - może sprawdzimy ten tort czy się już rozmroził - zapodaje babcia
      - ok, zobaczmy - odpowiadam i przeżywam jeden z większych szoków w moim młodym życiu - tort wygląda jak krowi placek, który dodatkowo leżakuje na mokrej łące. FUCK< FUCK< FUCK!
      Co tu robić. Do imprezki niecała godzina, w domu zero składników do zrobienia jakiegokolwiek tortu, a sernik na zimno, który mógłby zastąpić tort - został rano"spróbowany", więc "nie wypada" postawić na stół i udawać, że nic się nie dzieje. Myślę. Siedzę, chce mi się śmiać i płakać zarazem. Jeszcze chwila namysłu i siedzę w pędzącym ku tesco aucie. Gorąco jak cholera. Na tort lodowy już stanowczo za późno. Pozostają torty tradycyjne.
      Wpadam na salę.
      Omijam tabuny ludzi i lecę wprost do cukierenki. Jest! Zdaleka widzę 2 - słownie dwa torty. Wyprzedzam ludzi i obydwa lądują w moim koszu. Teraz mam czas na poczytanie etykiet. Jeden orzechowy. Drugi czekoladowy. Obydwa brzydkie. Ale co zrobić. Zaryzykować, czy udawać, że coś, co nie jest i nigdy nie było tortem robi za ten jednodniowy wynalazek? Kupuję. A kit. Najwyżej się wywali, ale przynajmniej na wejście będzie. A jak nie, to dziadek we wtorek zjesmile On wszystko zjadasmile Kupuję czekoladowy, odkładam na półkę orzechowy i pędzę do kasy. Lepiej niż nasi piłkarze wymijam tabuby ludzi i zajmuję miejsce w kolejce do kas samoobsługowych. Jednak z ich obsługą nie idzie mi najlepiej. Wspomaga mnie jakiś pan-kibic. Udaje mi się! YES, YES, YES! Wracam. W aucie prawie 40 stopni. Cholera jak ja dowiozę ten pieprzony tort! Zapomniałam się i skręcam jak zygzak mc quinn. Tort przelatuje po całej desce na bagażniku. UFF. Cały! Wbiegam z nim na 3 piętro, chowam do lodówki. Jeszcze chwila i ...
      Dzwonek do drzwi!
      Przyszli goście. Torcik smaczny - jak na niesprawdzoną cukierenkę. Dziadek dostanie tylko kawałek. Nisia szczęśliwa. Goście zachwyceni. Matka znowu uratowała sytuację. Uffff.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 20:02
  • czwartek, 01 marca 2012
    • 12 Samurajów

      Pierworodny wpadł ostatnimi czasy na kolejny genialny pomysł. Tym razem zamierza wziąć udział w turnieju karate. Wraz z 12 kolegami ze swojej sekcji. To prawie jak 12 Samurajów. Tylko trochę mniejszych.

      - dlaczego chcesz iść na turniej? - zapytałam

      - bo chcę wygrać puchar mamo - odpowiedziało z taką wiarą moje dziecię, że nie pozostało mi nic innego, jak wyrażenie zgody na udział w turnieju.

      Sęk w tym, że Pierworodny choć lubi chodzić na zajęcia karate, to porusza się na nich stylem bardziej zbliżonym do pijanej baletnicy z Jeziora Łabędziego, niż japońskiego ninja. Niektóre kopnięcia wyknywane z półobrotu, wykonuje z pełnego, ba, nawet z dwóch i pół obrotu, gdzie tak na prawdę brakuje mu jedynie różowej spódniczki z falbanką i mógłby zamienić salę sztuk walki na salę baletową.

      Dziecię nie zniechęca się. Podziwiam, choć oceniam sposobem dość łagodnego krytyka. Ale oczywiście wspieram, tłumaczę i zachęcam do dalszych ćwiczeń.

      Turniej już w sobotę. A treningi? ... (nie zdążyłam zamówić pucharu na allegro, bo równie dobrze ja mogłabym wziąć udział w mistrzostwach tańca na rurze)

      Jeśli jest na tyle odważny, to chylę czoła. Dla mnie już jest mistrzem. A nad techniką można popracować. W końcu Bruce Lee też kiedyś zaczynał...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 marca 2012 21:16
  • wtorek, 14 lutego 2012
    • Przypadki Jasia Wędrowniczka...

      Z Jasiem poznaliśmy się w wieku lat siedemnastu. Nie przypadliśmy jednak sobie do gustu.

      On nie pasował do mnie, ja do niego.

      Razem wyglądaliśmy dość dziwacznie. Gorąca ja - zimny on. Rozgrzewająca jednym uśmiechem i trzepotem rzęs dziewczyna i kładący na łopatki największych twardzieli facet.

      Rozstaliśmy się tak szybko, jak się poznaliśmy. Po latach spróbowaliśmy znowu zobaczyć jak to jest być razem, jednakże zbyt głośna muzyka i o kilka drinków za dużoznów nie pozowliły nam być razem.

      Odpuściłam. Unikałam Jasia na wszystkich możliwych imprezach. Uciekałam w kąt, gdy tylko ktoś wspominał jego imię.

      Dziś przyszli oni - Przemysław i Jaś. Przemysław przyniósł różę, Jaś butelkę coca-coli i mój ulubiony pleśniowy ser. Przemysław całował namiętnie, Jaś pieścił moje zmysły... Rozgrzewał mnie z każdą sekundą coraz bardziej.

      Johnny... - westchnęłam cichutko, przekonując się po 17 latach, że pierwsza, młodzieńcza fascynacja może powrócić z ogromną namiętnością i to za sprawą prezentu walentynkowego podarowanego przez osobistego małżonka...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2012 20:30
  • niedziela, 12 lutego 2012
    • marzenia są po to, by je spełniać...

      Czy płacicie podatek od marzeń? Zapytały koleżanki z pracy podczas comiesięcznej piątkowej integracji. Nie, nie płacę, nie gram w loterie i nie biorę udziału w konkursach. Zamiast podatku płacę characz za niespełnione marzenie,do  którego realizacji namówiła mnie kiedyś pewna zła wróżka. Characz, który pochłania połowę mojej pensji,  przez najbliższe 2 lata będzie mi spędzał sen z powiek. Ale życie toczy się dalej a ja marzyć nie przestałam. I choć dziś marzę już zupełnie o czymś innym, bardziej realnym i przyziemnym, to jednak postanowiłam spełnić moje marzenie z dzieciństwa i zobaczyć "na żywo" góry zimą. po prawie 30 latach udało mi sięwreszcie je zrealizować i powiem tak: było pięknie. Góry, przestrzeń, śnieg na drzewach... cudownie. I choć nie lubię zimy, to tym razem urzekła mnie swym pięknem.  Zaczarowała mnie i sprawiła, że ostatnio przerabiane problemy zamarzły jak sople lodu na dachach góralskich domków. I gdyby nie -20 stopniowy mróz, to byłoby jeszcze piękniej. Na nartach jeździć nie odważyłam się, zakazałam również Pierworodnemu, co by nie okazać się gościem okolicznego szpitala. Wracałam stęskniona za moim gwarnym miastem, za wesołym śmiechem koleżanek z pracy i przede wszystkim z małą lokatORKą, któa czekała na mnie w domu. Wracałam z myślą- marzenia są po to, aby je spełniać, choćby miało się na nie czekać 30 lat...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2012 21:23
  • niedziela, 03 lipca 2011
    • artystka...

      piątek wieczór... dzieciaki umyte o normalnej porze, poprzebierane w piżamki, kręcą się tradycyjnie po domu, mam chwilę oddechu po nerwowym tygodniu (centrala w Warszawie znowu próbuje umilić nam życie wprowadzając sporo zmian w procedurach i cennikach).

      Siedzę w pokoju u mamy, delektuję się ciszą... aż tu nagle jest zbyt cicho. Zbyt cicho jak na moje skażone genetycznie ADHD dwa gremliny. Zrywam się prawie z fotelem i lecę do ich pokoju - jedno gra na lapku, drugiego nie ma. Wołam.

      Przychodzi.
      "zobacz jak się umalowałam, jestem taka ładna jak ty"

      O kurwa! Wyjebała cały nowy podkład (użyłam 2 razy!) i pół butelki rajstop w sprayu. Wszystko ujebane na brązowo. Czysta dotąd dziewcyznka wygląda jak dziecko wojny, piżamka dopiero co wyjęta z szafki wygląda jakby w gównie się moczyła. Ale z tego wszystkiego najlepiej wyglądają powieki młodej - na kilka centymetrów fluid, aż ledwo oczyotwierasmile Do mycia łazienka (tam użyła rajstop w sprayu) i nasz pokój (żeby tatuś nie krzyczał, ukucnęła pod łóżkiem i tam się poddawała zabiegom pielęgnacyjnym - a tatuś zadowolony, że dziecię grzecznie się bawi - oglądał jak gdyby nigdy nic tvn turbo!).

      Oberwało się i cóce i ojcu. Jej za wsadzanie nosa (i oczu) w nieswoje sprawy, jemu za to, ze pod jego nosem dziecko urządziło sobie imprezkę - moim kosztem oczywiście.
      Piorąc dziecię, pokój, łazienkę i piżamę zaglądam do pustego już słoiczka po fluidzie i w głębi duszy cieszę się, bo zawsze mogło być gorzej (młody w jej wieku wysmarował siebie i pół mieszkania gównem)smile

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „artystka...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 lipca 2011 17:10
  • poniedziałek, 13 czerwca 2011
    • Przypadki z 13-go...

      Ludzie od pokoleń boją się 13. Unikają jak ognia tej cyfry, nie załatwiają ważnych spraw 13-go, niektórzy nawet nie wychodzą z domu:) Za to wszyscy jakiekolwiek niepowodzenia czy przypadki losowe przypisują tej biednej, pechowej 13.

      A ja? Ja urodziłam się 13-go i w sumie nie mogę powiedzieć, że był to pechowy dzień. Jedno jest pewne - 13-tka zawsze mnie zaskawiwała - w mniej lub bardziej pozytywnym stopniu, ale jednak.

      I tak na przykład dziś: oblana potem, z gorączką, półgłosem i okropnym bólem gardła zwolniłam się z pracy i pojechałam do lekarza z nadzieją, że zostanę przyjęta. A znając naszą służbę zdrowia - graniczy to z cudem. No, ale optymistycznie nastawiona - chyba że to temperatura zrobiła pustkę z mózgu - pojechałam i zapytałam w rejestracji, czy jest dziś jakiś lekarz. "Oczywiście" - usłyszałam odpowiedź - "zapraszam na 17:00". Szok. No, ale poszłam.

      - dzień dobry, czego pani ode mnie oczekuje? - zapytał pan doktor

      - hm... chciałabym, żeby mnie pan uzdrowił - odparłam w tym samym tonie z uśmiechem na ustach. Lekarz podniósł do góry wzrok, ozpostarł dłonie nad moją głową i zaczął liczyć po rosyjsku, jak sławny niegdyś Kaszpirowski:)

      - nie działa - uśmeichnęłam się mimo okropnego bólu, który rodzierał mi gardło.

      - w takim razie zapraszam do badania:) - zaproponował pan doktor, a następnie rozmowa zeszła na przypadki z dnia 13-go. Swoją drogą podziwiam człowieka, bo zachował resztki dobrego humoru pomimo ataku latarni na jego auto (mnie zaatakowała miesiąc temu), stwierdzenia zgonu pacjentki na wizycie domowej oraz godzinnego spóźnienia się do pracy i wysłuchiwania narzekań rozgoryczonych tym faktem pacjentów.

      Ja miałam trochę więcej szczęścia - mnie spotkało jedynie ostre, ropne zapalenie gardła - co w porównaniu z przypadkami, które spotkały pana doktora to pikuś. Pan Pikuś:)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 czerwca 2011 19:58
  • środa, 01 czerwca 2011
    • o osobistym dziś będzie...

      mężu rzecz jasna. Pomysły ma chłop czasem wzięte prosto z kosmosu, czasami mam wrażenie, że mi się mąż z choinki urwał, albo przynajmniej spadł z jakiegoś 3-4 piętra na łeb. No bo na przykład idziemy sobie ładnie, jak na małżeństwo przystało, razem na zakupy, przechodzimy do alejki z chemią i tu piękna pani z promocji zaczepia mojego osobistego pytając z rozbrajającym uśmiechem:

      - dzień dobry, czy ma pan zmywarkę?

      - tak mam - odpowiada mąż - tam poszła! - i wskazuje paluchem na mnie.

       

      Albo ostatnio

      - ty moja gruszeczko - powiada

      - mówisz tak do mnie, bo mam figurę gruszki? - wyczulona na tym punkcie pytam osobistego

      - nie. Arbuza. Z dwoma melonami

      I jak tu z nim wyrzymać?

      A na swój wygląd w trakcie urlopu mam sposób - TANKINI! - przymierzałam już:) tu zakryje, tam odkryje a jak będę chciała opalić bebech, to położę się gdzieś pod wydmą i odsłonię trochę foki:)

      P.S. czekam na wyprzedaże - to chyba już w lipcu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „o osobistym dziś będzie...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      środa, 01 czerwca 2011 19:26
  • niedziela, 29 maja 2011
    • od dziś na diecie...

      Od dziś znowu dietuję. Tym razem jest to jakaś cudowna dieta jajeczna, wynaleziona w jednym z kolorowych magazynów, gdzie na okładce szczerzą zęby smukłe i piękne dziewczyny. Odchudzam się niemal całe życie. Zwykle nie sprawiało mi to trudności i w krótkim czasie gubiłam 10, 15 kg, które neistety po przejściu na dietę ciasteczkową powracały jak bumerang, a czasem nawet dwa bumerangi...

      Tym razem zamierzam dotrwać w swym postanowieniu mniej więcej do sierpnia, kiedy to jadę na swój wyczekany urlop nad morze. A czekałam na niego baaaardzo długo, bo aż 7 długich lat. A że jadę z mężem i przyjaciółmi, to chciałabym choć trochę odsłonić ciała na pięknej plaży bez obawy, że sąsiad plażujący obok wezwie na pomoc Green Peace. "O foka, jaka wielka!" - krzyknie mały chłopczyk budując zamek z piasku. "Mamo, mamo, wielorybica w fazie godowym wypłynęła na ląd" - zawoła zdziwiona nastolatka.

      Tak więc chcąc oszczędzić i sobie i ludziom zdziwienia, wołania o pomoc i telefonów do organizacji zajmującej się ratowaniem dzikich zwierząt - przeszłam na dietę. Na razie chudnie mój portfel, a ja non stop myślę o jedzeniu.

      Co dalej? Zobaczymy. W razie czego - karkóweczka z grilla poprawi mi humor:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „od dziś na diecie...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 maja 2011 09:13
  • sobota, 28 maja 2011
    • to miał być wspaniały wyczekany weekend

      Czekałam na niego już od poniedziałkusmile
      Wymyśliłam sobie plan:
      1. sprzedaję dzieci dziadkom na działkę
      2. mąż cały dzień i całą noc naprawia auta z kolegami
      3. zapraszam przyjaciółkę na masaż
      4. kupuję karmi poema di caffe oraz desperadosa i limonki
      5. nie wychodzę z domu, poddaję się zabiegom pielęgnacyjnym i pipijam pyszne piwko rozmawiając o dupiemaryni z przyjaciółkąwink

      I jak to mówią "chuj w bombki strzelił, choinki nie będzie", bo
      1. młody ma kaszel i 37 stopni, więc nie dałam go z dziadkami
      2. młoda pojechała, ale obraziła się, że ja nie jechałam, płakała, nie odzywa się do dziadków i zakrywa rączkami buzię, gdy tylko coś do niej mówią
      3. przyjaciółka nie może wpaść
      4. w nawale obowiązków w pracy zapomniałam o zakupach i nie mam ani desperadosa ani limonki ani karmi poema di caffe
      5. młody jęczy, ze on też chciał jechać na działkę, szwęda się po domu jak smród po gaciach i marudzi jak stara baba
      6. mam zajebiste wyrzuty sumienia z powodu sprzedania gremlinicy
      7. mam zapalenie barku, które napierdziela pomimo leków
      8. za oknem pada deszcz i jest szaro i ponuro
      9. zjadłam całą czekoladę i diabli wzięli moje odchudzanie
      10. mam zarąbisty bałagan w całym domu, który w końcu wypadałoby choć trochę ogarnąć

      Innymi słowy - z wymarzonego weekendu nici. Będę więc z bolącym barkiem jechała z odkurzaczem i ścierą, wysłuchiwałą od syna jak to mu się nudzi a od matki jaką to wyrodną matką jestem, że sprzedałam córkę, która za mną tęskni i płacze.
      wynik 1:0 dla tego kto popsuł mi plany.
      motto na dziś: nie ciesz się za wczasu i nie planuj z tygodniowym wyprzedzeniem
       
      I tymi oto słowami rozpoczynam swoje uzewnętrznianie się na forum internetu. Zainspirowana słowami Laury (jak nie spełni swej obietnicy, to się jej oberwie:P) pokażę wam to, co często niedostępne dla oczu i uszu bliskich mi osób. Moje przemyślenia, małe dylematy i często na biegu wymyślane plany C.
       
      Jaka jestem?
      Trochę szalona, trochę nostalgiczna, trochę zakręcona, trochę romantyczna. Mam w sobie kilka kropli rozsądku i dużą dawkę temperamentu. Mój szalony optymizm objawia się głośnym śmiechem, który słychać nawet w najciemniejszych zakątkach świata. Zajmuję czołowe miejsce w Akademii Śmiesznych Kroków  mój mąż z tego powodu nie pozwolił mi nawet ulotek do skrzynek wrzucać, tylko zamknął mnie z premedytacją w samochodzie . Kocham życie, kocham majową wiosnę, a najbardziej na świecie kocham dwa gremliny, które w genach odziedziczyły trochę mojego niepokornego charrrrakterku  ale i tak zawsze mówię, że co złego to po tatusiu - i tego będę się trzymać:)
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „to miał być wspaniały wyczekany weekend”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      brydzia100
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 09:32